Pieta z tubądzina

W której Wertyński najpełniej oddał swą bezbrzeżną tęsknotę za ojczyzną. Był to jakby hymn rosyjskich i radzieckich emigrantów, którzy coraz bardziej oddalali się od swego kraju. Wielką sensacją była więc prośba Wertyńskiego o umożliwienie mu powrotu do Związku Radzieckiego, jeszcze większą — fakt dokonany: w 1943 r. wrócił. Trwała druga wojna światowa i każdy wielki artysta był radośnie witany przez rodaków. Wertyński wrócił do Moskwy w znakomitej formie, lecz jakby inny. Nic dziwnego. Koniec wojny przyniósł przecież „nowe czasy”, a te wymagały nowych treści w piosence. Na początku swej kariery „był ucieleśnieniem oswojonej, lukrowanej dekadencji. Potem stał się idolem i bardem białorosyjskiej emigracji, wyrażając jej «nieżnost’», jej płaczliwy smutek i tęsknotę za dalekim stepem. Wreszcie, po powrocie do domu, śpiewał postarzałym głosem dla rozchichotanej «nowej publiczności» […], że przyjdzie mu na koniec zapisać się do Komsomołu” — pisze cytowany Tadeusz Lubelski. Jak na ironię, w 1951 r. Wertyński otrzymał Nagrodę Stalinowską, lecz nie za swe piosenki: za rolę filmową, zresztą średnio udaną i nie największą, w Spisku bankrutów.